sobota, 6 listopada 2010

Aloche

Aloche - stacja metra, jedna z nie wiem ilu w Madrycie. Położona - niczym normalna stacja kolejowa - na powierzchni ziemi, tuż obok centrum handlowego o tej samej nazwie. Zwyczajowo tą nazwę nosi również nieopodalny parking.

Dostałem zdjęcie z domu - a właściwie nie z domu - z działki. Oto rodzina raczy się szaszłykiem z grilla i tyskim książęcym z butelki. Na mojej działce. Na mojej.

Nie - nie będzie dłużej tak. No więc - pojechaliśmy tam, na Aloche, dzisiaj - w sobotę. Jak się dowiedziałem, od 20 lat jest to miejsce zbiórki tych wszystkich, którzy urodzeni pomiędzy Odrą, Bugiem, górami i Bałtykiem - z przymusu czy też własnej woli - wyemigrowali do Madrytu i którzy tęsknią do smaku polskiego chleba, ogórka kiszonego, toruńskiej kiełbasy, kieleckiej musztardy, kozłowego masła czy tyskiego piwa. W każdą sobotę (niedziele z rana - jeśli coś zostanie - również) podjeżdżają tu furgonetki pełne polskich przysmaków i przyłażą wąsaci i niewąsaci Polacy. Ci co przyjeżdżają przywożą chleb, wędliny, przetwory, piwo, prasę, a także - paczki od rodzin, no i - ludzi. Jak nie trudno się zorientować - wszystko jest nielegalne. Ot, prywatna inicjatywa, którą czasem z parkingu przegania miejscowa policja.

Zaraz na wejściu na parking zobaczyłem dwóch typów z puszką żubra w garści.

Tuż potem - to jest najlepsze - rejestrację RT. I następną. No, myślę sobie, ziomki. Idę dalej. Ogólnie tych furgonetek z Polski było chyba 4 czy 5, z czego 3 na tarnobrzeskich blachach. Z Dąbrowskiej, z Paderewskiego, z Wyspiańskiego...

Chwila rozmowy o tym, że 20 lat temu skończyło się u nas w Tarnobrzegu złoto. A potem deal, uścisk dłoni - i postscriptum w postaci kolacji z kiełbasy z musztardą i tyskacza. Tak się to kręci.

1 komentarz: