sobota, 13 listopada 2010

Dzień Niepodległości

Wsiadam do metra: rap na żywo. Mega duet - gitara hiszpańska w rękach półindianina i machające ręce od jakiegoś grubasa odzianego w spodnie z krokiem w kolanach. Jeden gra - drugi leci z freestyle`m machając rękami i wskazując na poszczególnych pasażerów: "ten w garniturze właśnie wraca z pracy i jest zmęczony, a ty byłaś na zakupach, ciebie pewnie ktoś gdzieś zaprosił". Dostał euro. Brawo!

***

Na okoliczność Święta Niepodległości dostałem zaproszenie do Ambasady, na Obchody. Pałacyk piękny, na górce, z klasycznym ogrodem, zadbany i podświetlony. Ktoś dostał medale za zasługi, było dużo sałatek i przekąsek, dość spory tłok - ale też kilka Osobistości, pośród których prym wiódł pewien nobliwy potomek hrabiowskiego rodu który zwykł poklepywać po plecach króla Juana Carlosa oraz - gaduła nad gaduły: tak, Jerzy Dudek. Powiedział mi, że Mourinho jest ok i że teraz czują się zespołem.

Atmosfera? Ciężko powiedzieć - teraz, kilka godzin po powrocie w ogóle zastanawiam się czy tam byłem. Ale chyba byłem, bo pamiętam wyraźnie piękny ogród i piękną blondynkę, która chciała zwiedzić piętro. Generalnie zasada jest prosta: trzeba znać przynajmniej jedną osobę: ta osoba też kogoś zna i nagle stoicie w trzy osoby i rozmawiacie, potem podchodzą dwie następne a pierwsza odchodzi, potem.. i tak to się kręci. Tak więc grunt to zagadać - kogokolwiek i za wszelką cenę. Choćby Dudka.

Wychodząc usłyszałem śpiew. Odwróciłem się stojąc już na schodach w dół ogrodu: tuż przy wejściu trzech dyplomatów intonowało donośnie "Wojenko, wojenko". Pomyślałem, że gdybym był Jarkiem Germańskim, to bym z nimi zaśpiewał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz